Archiwum
środa, 04 lipca 2007

pora deszczowa bez deszczu. ceny produktow rolnych skoczyly w gore z powodu braku opadow. za 2 bulwy yam trzeba dac 50.000 cedis (ok 5 dolarow), jeszcze miesiac temu za ta kwote dostawalo sie 10 sztuk. yam jest podstawa posilkow w tej okolicy, taki tutejszy kartofel.

 

                                          

niedziela, 01 lipca 2007
tym razem w parku widac duzo wiecej sloni. zawsze z duza przyjemnoscia spotykam zwierzaki, ktore nie rzucaja sie do ucieczki na widok obiektywu aparatu fotograficznego ani nie spedzaja zycia w ukryciu.

                      

                                             

sobota, 30 czerwca 2007

wroclawscy 'polarnicy' oglosili dzisiaj swiatu, ze jada na spitsbergen i beda sr*c w arktyczne potoki. a potem opisza jak dzialalnosc czlowieka zmienia srodowisko polarne. juz da sie poczuc zapaszek nadchodzacych habilitacji.

wyprawy z krajow 'cywilizowanych' maja obowiazek zabierania ze soba z powrotem wszystkich smieci i odchodow, nie pozostawiania po sobie sladu a naszym nie chce sie nawet zbudowac latryny (nie wspomne o przywiezieniu ze soba chemicznych toalet). nieladnie.

                  

zalaczam zdjecie latryny (za kolem polarnym, zeby nie bylo tlumaczen, ze nie da sie wykopac dziury)- moze sie przyda na wzor...?

ps.

przed powrotem do domu zawartosc dolu pakuje sie w worki foliowe i zabiera ze soba. milego pobytu.

http://miasta.gazeta.pl/wroclaw/1,35751,4278142.html

piątek, 29 czerwca 2007

wczoraj krotka wizyta w parku mole. duzo bardziej zielono - pora deszczowa wyraznie robi swoje. troche tez lepsze warunki do robienia zdjec. w czasie poprzedniej wizyty - podczas harmattanu- unoszacy sie w powietrzu piaskowy pyl przywiany znad sahary mocno utrudnial fotografowanie. teraz jednak -ze wzgledu na bujna roslinnosc- zwierzaki sa duzo mniej widoczne.

 

                   

środa, 27 czerwca 2007

spacer po najblizszym sasiedztwie. chyba niewiele sie zmienilo...

 

poniedziałek, 25 czerwca 2007

spotkania po dluzszej przerwie - szczegolnie po odbyciu dalekiej podrozy - ze znajomymi i przyjaciolmi w roznych miejscach naszej planety zawsze przynosily mi mniej lub bardziej ciekawe doswiadczenia.

jestem znow w tamale, rozdalem te rozne drobiazgi ktore kupowalem z mysla o tutejszych znajomych i w paru przypadkach zauwazylem niezbyt ukrywane rozczarowanie powodowane, jak mi sie wydaje, niewielka wartoscia pieniezna prezentow.

oczekiwania byly wyraznie duzo wieksze.

bialy czlowiek kojarzy sie w tym kraju z dobrami materialnymi. dostep do obroni (nazywany tutaj oferowaniem przyjazni) jest widziany jako szansa na wejscie w posiadanie rzeczy - czesto takich, o ktorych mozna tylko marzyc. w spolecznosci klanow i plemion osobnik, ktoremu sie powodzi wspomaga tych co maja mniej - tak niesie wiesc gminna- oczekuje sie wiec, ze przybysz z biala skora tez bedzie postepowal wedlug tych zasad.

ghana bedac afrykanska ulubienica podatnikow zachodniej cywilizacji nafaszerowana jest roznego rodzaju miedzynarodowymi agencjami pomocy wszelkiej masci. na biedzie w afryce mozna zarobic calkiem niezle pieniadze- jesli tylko uda sie przekonac lud pracujacy w jakims w miare dobrze stojacym ekonomicznie kraju, ze czesc ich ciezko zapracowanych pieniedzy pomoze zmiesc z powierzchi ziemi jakas plage da sie zyc na calkiem niezlym poziomie. system kontroli wydatkow takich organizacji przez zwiazane z rzadem firmy ksiegowosci z krajow z ktorych pieniadze pochodza jest calkiem luzny co przy korupcji na duza skale tutaj na miejscu prowokuje do naduzyc.

duza czesc (a najczesciej wiekszosc) pieniedzy wyciagnietych od drobnych ciulaczy o golebich sercach w takiej np. polsce idzie na potrzeby wlasne organizacji, potrzeby wlasne tych co przy korycie, pensje, roznego rodzaju wydatki reprezentacyjne, samochody ( oczywiscie trzeba miec nowy 4x4) prezenty dla miejscowych kacykow (czy liderow spolecznosci, czy jak ich tam zwal) i przyjaciol. jakby nie bylo, trzeba miec dobre pr. nic wiec dziwnego, ze przecietny mieszkaniec tego kraju znajac mozliwosci finansowe bialego czlowieka,a  ktorego ja spotykam gdzies w barze czy w hotelu moze spodziewac sie, ze i za mna stoi jakas organizacja charytatywna, ktora bezproblemowo drenuje kieszenie i konta podatnikow w jakims odleglym kraju i zaczyna wierzyc, ze w koncu i jemu trafila sie ta szansa na latwe, dostanie zycie. niestety tak nie jest. przykro mi, ze ich rozczarowalem.

nawyrazniej rodacy dolaczaja sie do robienia interesu na biedzie w afryce. kilka dni temu wyciskajacy lzy artykul pt. kupiona za 50 dolarow (czy tak jakos) teraz zbieranie pieniedzy na darfur. obie akcje maja niewiele wspolnego z afrykanska rzeczywistoscia - za to calkiem fajny  sposob na niezle zycie dla organizatorow. jesli ktos nie pobiegl jeszcze do banku niech zrobi to jak najszybciej. jeszcze jedna organizacja charytatywna zawsze sie tu zmiesci, a pieniedzy mozna przeciez wydac kazda ilosc.

ticket to heaven  ( by mark knopfler )

I can see what you're looking to find

in the smile on my face

in my peace of mind

in my state of grace

I send what I can

to the man from ministry

he's part of heaven's plan

and he talks to me

      now I send what I can to the man

      with diamond ring

      he's part of heaven's plan

      and he sure can sing

      now it's all I can afford

      but the lord has sent me eternity

      it's to save the little children

      in a poor country

I got my ticket to heaven

and everlasting life

I got a ride all the way to paradise

I got my ticket to heaven

and everlasting life

all the way to paradise

      now there's nothing left for luxuries

      nothing left to pay my heating bill

      but the good lord will provide

      I know he will

      so send what you can

      to the man with diamond ring

      they're tuning in across the land

      to hear him sing

I got my ticket to heaven

and everlasting life

got a ride all the way to paradise

I got my ticket to heaven

and everlasting life

all the way to paradise

niedziela, 24 czerwca 2007

kawalek innej cywilizacji. poza tym co widac na zdjeciu jest goraco, lepko i mnostwo robactwa.

                           

sobota, 23 czerwca 2007

w koncu dotarlem. 5 dni zajelo mi to. z tego 2 i pol spedzone w akrze czekajac na bagaz. to moj czwarty przyjazd do ghany, drugi raz korzystalem na tej trasie z goscinnosci british airways i drugi raz udalo im sie zawieruszyc gdzies moja torbe. bylbym chyba jednak zdecydowanie duzo bardziej wsciekly gdybym pojawial sie tu jako turysta z napietym planem zwiedzania.

ostatni rzut oka z okna samolotu na kawalek cywilizacji

                                        

poniedziałek, 04 czerwca 2007

i wreszcie - jedno z  najwazniejszych zjawisk pojawiajacych sie na wiosne  - dziewczyny w szortach...

             

                           

       

wtorek, 29 maja 2007

niektorym wiosna przynosi mase dodatkowych obowiazkow...